|
środa, 18 marca 2009
Literatura:
Czytając wczoraj po powrocie z pracy, po ciężkim i długim dniu trwającym od wczesnego ranka do późnego wieczora, tę krótką prasową notatkę z początku też się gorzko zaśmiałam. Opamiętałam się jednak, bo niby skąd pan Prezydent miałby wiedzieć, jak wyglądają polskie realia? Pan prezydent żyje sobie w swoim własnym świecie, toczy w nim zajadłe spory, pojedynki słowne, walki na puste argument. Żyje w strachu przed układami, spiskami, które mogą zagrozić jego autorytetowi, pogrywa sobie z premierem i resztą rządu, czasem aż zatraca się w swojej niechęci do wszystkiego i wszystkich, którzy go otaczają. Pan Prezydent ponadto jest zapewne bardzo zapracowany, podejrzewam, że nie chodzi na spacery po Warszawie i nie ogląda smutnych, biednych dzielnic miasta. Zapewne nie chodzi też na zakupy do pobliskiego spożywczaka i nie zastanawia się, ile zarabia zblazowana pani ekspedientka w owym sklepie. Centra handlowe wyrastające w stolicy są dla niego z kolei przejawem bogactwa, ale też mniemam, że nie przyszło mu nawet na myśl, kto na tym bogactwie naprawdę zyskuje, bo przecież nie wszyscy, którzy w takim centrum pracują na tym, czy innym stanowisku. Skąd więc pan Prezydent miałby wiedzieć? Jego rzeczywistość nijak nie ma się do mojej i milionów innych młodszych i starszych Polaków. Chwilowo mu to wybaczam, zwłaszcza że tam w Piotrkowie Trybunalskim nie obraził się na ludzi za ten śmiech, a nawet się zastanowił - oto dwie rzeczywistości na chwilę się dla pana Prezydenta zazębiły ze sobą. Co to jednak zmienia dla mnie? Dla innych ludzi? Obawiam się, że nic. Pan Prezydent zasmuci się byc może odrobinę, może wieczorem porozmawia o tym ze swoją żoną i cóż więcej? Rzeczywistość w jakiej się obraca konstruowana jest przez dane statystyczne, które przygotowują specjalnie wykwalifikowani ludzie - ta statystyczna Polska jest więc Polską, jaką pan Prezydent widzi. Mógłby jednak zdawać sobie sprawę, że statystyki, podobnie jak reklamy i politycy, kłamią. Doprawdy, chciałabym mieć co miesiąc na koncie średnią krajową. O, jakże inaczej wyglądałoby moje życie, co ja bym mogła wtedy zrobić, ileż nowych szans czekałoby na mnie! Moja codzienność nie jest ani szara, ani różowa, raczej bura, składająca się ze starań, poświęceń, wyrzeczeń i chronicznego zmęczenia. Dzielę czas na całodzienną pracę, co weekend po dziesięć godzin na uczelni, o które to dni też muszę walczyć, aby je zaplanować w grafiku, a kiedy już wykorzystam wolny dzień w taki sposób, właściwie nic nie zostaje dla mnie. Wszystko to za łącznie średnio tysiąc złotych na rękę, z czego połowę zjadają same studia - nawet gdybym chciała się totalnie usamodzielnić, odciąć od rodzinnego domu, to nie jest to możliwe, bo jak niby? Mieszkania nie mam, nikt mi go nie kupi, wynajem kosztuje więcej niż moje średnie miesięczne zarobki, na kredyt mnie nie stać, takim jak ja się dziś kredytów nie daje, a wynajmowanie pokoju i tak zjada to, co zostanie mi po opłaceniu swojej edukacji. A za co zjeść? O innych bardziej wysmakowanych potrzebach nawet nie chcę rozwodzić się dłużej. A książki, kino, teatr?! I co ja będę miała za 5 czy 10 lat, z tego co mam teraz? To jedno jest pewne: pan Prezydent na pewno mi tego nie powie.
czwartek, 12 marca 2009
Literatura:
Sytuacja absurdalna totalnie. Anestezjologów w mieście brakuje, w związku z tym, aby ci którzy są się nie przepracowywali, odetnijmy kobietom w ciąży możliwość rodzenia ze znieczuleniem. W ogóle. Wszak poród to drobiazg, a jak głosi znany powszechnie slogan: Kobieto! Twój poród to nic w porównaniu z moim zatwardzeniem.
W świetnej książce Tysiąc wspaniałych słońc, Khaled Hosseini zajmuje się rzeczywistością Afganistanu po przejęciu władzy przez Talibów. Koncentruje się przede wszystkim na sytuacji kobiet. W opowieści tej jedna z bohaterek zachodzi w ciążę i gdy przychodzi moment rozwiązania, idą do szpitala. Niestety - szpitale w mieście nie przyjmują kobiet, nieważne czy są rodzące czy umierające, po prostu nie i koniec. Jest oczywiście szpital dla kobiet, ale to kawał drogi stąd. Niemniej jednak bohaterowie idą do owego szpitala. W budynku nie ma prądu ani wody, Talibowie nie przysyłają do placówki ani leków, ani sprzętów, ani pieniędzy. Lekarki, bo tylko kobiety w tym miejscu pracują, wykonują zabiegi, operacje w jednorazowych rękawiczkach wielorazowego użytku, które czyszczą i suszą po każdym zabiegu, a Talibowie nakazują im pracę w burkach (szata do ziemi z siatką w okolicy oczu). Bo kobiety niczego innego nie potrzebują, na nic innego nie zasługują, jako gorsza wersja mężczyzny. Nie chciałabym, aby ktoś odebrał tę rozmyślania, jako feministyczne. Nie w tym rzecz - absurd z wrocławskich szpitali doskonale plasuje się gdzieś na podobnej ścieżce, na jakiej uplasował się afgański szpital dla kobiet z książki Hosseini'ego. Zastanawia mnie ile lżejszych zabiegów, niż poród, odbywa się we Wrocławiu przy asyście anestezjologa. Oczywiście, że bez tego da się urodzić, oczywiście. Oczywiście, że gdybym w tej chwili miała się zdecydować na dziecko, wiedząć że w moim mieście nikt nie zapewni mi przy po rodzie godnych, cywilizowanych warunków, to powiedziałabym, że tak czy siak, urodzę i żaden strach przed bólem mnie nie zatrzyma. Nie ma takiej rzeczy, która powstrzymała by kobietę z rozwiniętym instynktem macierzyńskim - instynkt to instynkt, z tym się nie walczy, bo nijak się nie wygra. Tylko czy akurat ten instynkt trzeba wykorzystywać w trosce o nieprzemęczanie się anestezjologów we Wrocławiu... Smutna to sytuacja. Kobieta w ciąży, narodziny dziecka to przecież cud, który logocznie już rozumując zapewni naszemu społeczeństwu, że może w końcu przestaniemy być społeczeństwem starzejącym się, wręcz umierającym. Tymczasem nikt o tę kobietę, najważniejszą w tym wszystkim, bo bez niej, bez jej poświęcenia, w ogóle by dzieci nie było, nie dba. Traktuje się nas w naszym społeczeństwie jako tę mniej ważną - czy to idzie o prozaiczne znieczulenie podczas porodu, czy o aborcję w obliczu zagrożenia życia lub zdrowia - zawsze jesteśmy na którymś z kolei, dalekim planie. Być kobietą, być kobietą...? |
Archiwum
Zakładki:
.
|